Blogowy Klub Miłośników Jane Austen
Kategorie: Wszystkie | Dyskusje | Recenzje | Ogłoszenia | Różne | Powieść
RSS
czwartek, 04 lipca 2013

 

 

 

Kochani,

 

W niedzielę zakończyłyśmy publikację minipowieści w stylu Jane Austen. Mamy nadzieję, że historia, która wyszła spod pióra Doroty Trąbki przypadła Wam do gustu. W komentarzach pod poszczególnymi wpisami pojawiały się pytania, na które nie byłyśmy w stanie odpowiedzieć, ponieważ to nie my jesteśmy autorkami powieści. Ale żeby temu zaradzić, postanowiłyśmy przeprowadzić wywiad z jej Autorką, która bardzo chętnie odpowie na Wasze pytania. Tak więc w komentarzach pod niniejszym postem możecie wpisywać swoje pytania do Autorki, następnie zostaną one zebrane w jedną całość i przesłane Dorocie. Wywiad oczywiście zostanie opublikowany na łamach niniejszego bloga. Na Wasze pytania czekamy na blogu oraz na naszej fejsbukowej stronie przez cały najbliższy tydzień, czyli do dnia 11 lipca 2013 roku. Mamy nadzieję, że Autorka rozwieje Wasze wątpliwości w kwestii fabuły powieści i poda jeszcze wiele innych ciekawostek związanych z jej powstawaniem.

A zatem serdecznie zapraszamy wszystkich Miłośników twórczości Jane Austen do aktywnego uczestnictwa w przygotowaniu wywiadu.

 

Agnieszka & Beata



11:53, krainaczytania , Ogłoszenia
Link Komentarze (2) »
niedziela, 30 czerwca 2013

 

 

XV

 

Kilka dni później nadeszła długo oczekiwana korespondencja od Jima, ale jej ton nie był tak pogodny jak poprzednich. Pan Fawkes drżącym z przejęcia głosem odczytał żonie i córce jej treść, a kiedy skończył, Diana wybiegła do swego pokoju, gdzie długo płakała, a potem napisała do narzeczonego list.

„Drogi Edwardzie!

Stała się rzecz straszna: statek, na którym płynął mój brat został porwany przez piratów u wybrzeży Indii. Towar zrabowano, a ludzi wzięto do niewoli. Gubernator Bombaju zgodził się zapłacić okup za wszystkich szlachetnie urodzonych, pozostawiając resztę na pastwę barbarzyńców. Jim nie mógł tego znieść. Pożyczył od gubernatora pieniądze i wykupił swoich towarzyszy, chociaż wiedział, że nigdy nie będą w stanie mu się odwdzięczyć. Teraz Jim nie może się ruszyć z Bombaju, dopóki nie spłaci długu za siebie i za tamtych. Jest to dla nas ogromna suma — prawie tyle, ile mój ojciec odłożył przez ponad trzydzieści lat. To wielce chrześcijański uczynek i nie mam tego Jimowi za złe, ale  mój posag jest stracony na zawsze. Sądzę też, że moi rodzice będą wkrótce zmuszeni zamknąć sklep, bo ogromnie niepokoją się o Jima i chcą go ściągnąć na stałe do Anglii, a to przecież on przywoził nam prawie cały towar. Nie wiem, co się teraz z nami stanie, wiem tylko, że sytuacja finansowa naszej rodziny znacznie się pogorszy, nawet jeśli mojemu ojcu i Jimowi uda się znaleźć jakąś pracę. Liczę się z tym, że być może przyjdzie mi zostać guwernantką jakichś rozkapryszonych dzieci, ale nie to jest jeszcze najgorsze  rozumiem bowiem aż nadto dobrze, że nie będziesz mógł mnie już poślubić. Błagam Cię, wyjedź stąd jak najszybciej i nie przychodź się pożegnać, to byłoby dla mnie nie do zniesienia.

Zawsze będę Cię kochać i zawsze będę się za Ciebie modlić.

Twoja Diana”

 

Opuściła pokój i poleciła Betsy natychmiast zanieść list Edwardowi.

 Moje drogie dziecko  odezwał się pan Fawkes, kiedy służąca wyszła  na cóż było tak płakać? Ostatecznie wszystko dobrze się skończyło i Jimowi nie grozi już żadne niebezpieczeństwo.

 Nic nie rozumiecie!  wybuchnęła Diana.  Nie mam już posagu, Edward się ze mną nie ożeni!

 Przecież cię kocha  przypomniała pani Fawkes.

 Nie kocha mnie! Nigdy mnie nie kochał! Chodziło mu wyłącznie o nasze złoto!

 Powiedziałaś mu...?  spytał ojciec ze zgrozą.

 Tak, nie mówiłam tylko, gdzie je ukryłeś. Wiem, że nie powinnam była tego robić, ale jak inaczej mogłam sprawić, żeby chciał się ze mną zaręczyć?  rzekła Diana i na nowo zalała się łzami.

 A to drań - stwierdził pan Fawkes.  I pomyśleć, ile wydaliśmy, żeby należycie go ugościć, a ja dawałem mu jeszcze rabaty w naszym sklepie.

 

 

XVI

           

Diana siedziała przy oknie w swoim pokoju, próbując zająć piekące od łez oczy i drżące ze zdenerwowania ręce robótką. Raz po raz, niezadowolona z efektów, pruła ścieg i zaczynała go od nowa. Być może lepiej zrobiłoby jej towarzystwo Kitty i Charlotty, ale bała się wyjść z domu, żeby nie spotkać Edwarda. Nie chciała go widzieć, nie chciała o nim słyszeć... i nie chciała o nim zapomnieć. Nieustannie przywoływała w myślach jego twarz, jakby z niepokoju, że upływ czasu zatrze w jej pamięci obraz jedynego mężczyzny, którego kochała.

Nagle ktoś gwałtownie nacisnął klamkę i mocno pchnął drzwi do środka. Diana podskoczyła na krześle i odwróciła się, by złajać Betsy za niewłaściwe otwieranie drzwi, ale zamiast służącej w progu pokoju stanął Edward. Diana wydała z siebie lekki okrzyk i zerwała się z miejsca, bezwiednie upuszczając robótkę na podłogę.

 Jakim ja byłem głupcem!  wykrzyknął Edward bez powitania.  Jakim ja byłem głupcem, Diano! A jednak zaręczyny z Ludwiką wydają mi się jedną z najmądrzejszych rzeczy, jakie w życiu zrobiłem, bo gdyby nie one, nigdy nie poznałbym ciebie! Ile czasu zmarnowałem, zanim nauczyłem się właściwie ciebie cenić! Henry pierwszy otworzył mi oczy. „Nie znam bardziej uroczej i wykształconej panny oprócz moich i twoich sióstr - powiedział.  Jeśli jej nie kochasz, nie jesteś jej wart, Edwardzie.” To były najostrzejsze słowa, jakie od niego usłyszałem. Zabolały mnie. Próbowałem o nich zapomnieć, ale powracały do mnie dzień i noc. Tak, mój przyjaciel miał rację  nie byłem cię godzien, Diano. Nie okazałem się wiele lepszy od Mulgrave’a: ja też dla pieniędzy grałem komedię przed twoimi rodzicami i znajomymi, oszukiwałem ludzi, którzy byli wobec mnie tacy życzliwi. Rozumiem oburzenie twojego ojca, kiedy w końcu dowiedział się prawdy. Nie chciał mnie do ciebie puścić. „Łotr z pana!  powiedział  Chciał pan dostać moje złoto i mój sklep!” „Nazwał mnie pan łotrem i słusznie  odparłem.  Przyznaję: zaręczając się z pańską córką, miałem na względzie zyskać posag i źródło utrzymania, ale dziś wiem, że ma pan w domu coś znacznie bardziej cennego niż złoto i sklep.”

 Czy to możliwe?!  zawołała Diana.  Czy jest coś, co mój ojciec mógłby sprzedać i...

 To już nie należy do twojego ojca. Dał to mnie. Naprawdę nie domyślasz się, Diano?  spytał miękko, z tajemniczym uśmiechem, a jego oczy były bardziej rozmarzone niż kiedykolwiek.

W jednej chwili pojęła, w czym rzecz i oblała się rumieńcem.

 Rumieniec na twej twarzy zdradza mi, że dobrze zgadłaś  powiedział, ujmując jej dłonie.  Długo broniłem się przed samym sobą, ale dziś zostałem ostatecznie zwyciężony przez twój list. Osiągnął skutek dokładnie odwrotny od zamierzonego, podobnie jak moje narzeczeństwo.  Roześmiał się.  Sięgałem myślami do gwiazd, a tak niewiele wiedziałem o sobie samym! Kiedy rozstałem się z Ireną, byłem pewien, że już nigdy nikogo nie pokocham, a teraz zdaje mi się, że wcale jej nie kochałem, że nigdy nie była mojemu sercu tak droga jak ty.

Po twarzy Diany spływały łzy wzruszenia i przez moment czuła się zupełnie szczęśliwa, wkrótce jednak jej radość przesłaniać zaczęły mroki dawnych obaw.

 A co będzie, jeśli twój ojciec nie wyrazi zgody na nasz ślub? Z czego będziemy żyli, jeśli poślubisz mnie wbrew jego woli?  spytała.

 Ach, Diano, nie wiesz jeszcze najważniejszego! Przed chwilą był u mnie twój wuj, sir James. Wyraził ubolewanie z powodu zachowania Ludwiki, choć odniosłem wrażenie, że bardziej przejął się faktem, że wszystko się wydało niż tym, że jego własną córkę stać było na podobną niegodziwość. Zarzekał się, że o niczym nie wiedział i zaproponował mi zadośćuczynienie, prosił jednak, bym nie żądał zbyt wiele, gdyż czasy są ciężkie, nawet dla takich jak on. „Nie śmiałbym nigdy prosić pana o pieniądze - rzekłem  ale jest coś, co może mi pan ofiarować bez większej szkody dla siebie, a z wielką korzyścią dla mnie. Gdyby znalazła się w okolicy jakaś parafia, którą mógłbym objąć jako pastor...” Pamiętasz, Diano, że oprócz literatury studiowałem na Oxfordzie także teologię. Zawsze liczyłem się z tym, że, jeśli wszystko inne zawiedzie, zostanę duchownym. Wolałbym oczywiście tego uniknąć, gdyż życie pastora nie zawsze bywa przyjemne, ufam jednak, że, mając tak wierną i oddaną  towarzyszkę jak ty, znajdę je zupełnie znośnym. Sir James wyraźnie odetchnął z ulgą i powiedział, że mógłbym dostać wiejską parafię w H., którą teraz obsługuje nasz pastor. Nie lubi on tam jeździć, szczególnie w pochmurne dni, kiedy najbardziej dokucza mu reumatyzm. Pomyśl, Diano, co za szczęśliwy zbieg okoliczności! To nie dalej niż półtorej mili od mojego, a wkrótce także twojego, domu; przy ładnej pogodzie nie będziemy musieli nawet używać powozu. Widzisz? Wszystko zaczyna układać się po naszej myśli.

 Tak bym chciała dać ci coś w posagu...  westchnęła Diana, niepocieszona.

 Och, Diano, czy kobieta może wnieść do małżeństwa coś bardziej wartościowego niż miłość? Wiem, jak bardzo mnie kochasz i jestem z tego dumny. Żaden król nie był nigdy bogatszy ode mnie.

Słysząc te słowa, Diana nie potrafiła dłużej opierać się ogarniającej ją radości i rzuciła się zaskoczonemu Edwardowi na szyję.

 Dobrze wiem, co sobie o mnie teraz myślisz  powiedziała, tuląc policzek do jego twarzy.

 Co takiego?  

 Że jestem źle wychowana. Żadnej z twoich sióstr nie przyszłoby nigdy do głowy zachować się w ten sposób. Ale pomyśl sobie, że gdybym była tak dobrze wychowana jak one, nadal byłbyś narzeczonym Ludwiki, a może nawet jej mężem.

 

 

XVII

 

Wypływając z Bombaju, Jim cieszył się na spotkanie z rodziną i smucił zarazem, przypuszczał, bowiem, że to jego ostatnia tak długa podróż i że żegna się z Indiami na zawsze. Rodzice błagali go w liście, żeby wrócił na stałe do Anglii, a on zanadto ich kochał, by ośmielił się sprzeciwiać ich woli. Ojciec zapewniał go, że znajdzie w Londynie innego dostawcę towarów, a matka skarżyła się, że będzie czuć się bardzo samotna, kiedy Diana wyjdzie za mąż i wyprowadzi się z domu, gdyż właśnie się zaręczyła.

W istocie, pani Fawkes bardzo przeżywała fakt, że jej córka przeniesie się na wieś, którą od E. dzielił półgodzinny spacer, a jej serce nieledwie pękało z żalu, kiedy późną jesienią Diana wyjeżdżała z państwem Grey do Londynu. Pan Fawkes nie mógł sobie pozwolić na podobne sentymenty, gdyż musiał przyjąć do sklepu nowy towar, narzekać na drożyznę i targować się z dostawcą.

Diana, oprócz tęsknoty za rodzicami, odczuwała strach przed spotkaniem z rodziną Edwarda, szczególnie zaś z jego ojcem, który jawił się w jej wyobraźni jako bezduszny tyran. Greyowie potrafili jej współczuć, ale nie umieli podnieść jej na duchu i cała droga do Londynu minęła Dianie w niewesołym nastroju. Czasem jakiś piękny widok sprawiał, że zapominała o swej udręce i po prostu cieszyła się podróżą, ale takie chwile nigdy nie trwały zbyt długo.

Edward odwiedził Caldwellów i ich gości już jako pastor. Diana żałowała ogromnie, że nie mogła być obecna na jego święceniach, ale uspokoił ją, mówiąc, że uroczystość nie była ani w połowie tak zajmująca jak występy Fryderyka Mulgrave’a. Gospodarze czuli się zawiedzeni, że wizyta narzeczonego ich przyjaciółki trwała zaledwie kilka minut; nalegali, by został na herbacie, ale Edward wymówił się grzecznie i, złożywszy obietnicę dłuższej wizyty następnego dnia, sprowadził Dianę do powozu, który miał ich zawieźć pod jego dom. Oboje byli tak zdenerwowani czekającym ich spotkaniem, że prawie się do siebie nie odzywali.

Obawy ich, wprawdzie uzasadnione, okazały się, na szczęście, niepotrzebne, choć kto wie, jak przyjąłby wybrankę syna stary pan Irvine, gdyby nie... indyjscy piraci. Bohaterski czyn Jima, w wyniku którego Diana straciła posag, o czym niechętnie musiał opowiedzieć swojej rodzinie Edward, zjednał ogromną sympatię państwa i panien Irvine zarówno dla młodego żeglarza, jak i jego siostry. Ojciec Edwarda nie tylko udzielił narzeczonym błogosławieństwa, ale także postanowił zaopatrzyć Dianę w odpowiednią wyprawę weselną, skutkiem czego panna Fawkes spędziła wiele miłych chwil w towarzystwie przyszłej teściowej i szwagierek, robiąc zakupy w najlepszych londyńskich sklepach.

Ślub młodej pary odbył się jednak wiosną w E., w wąskim gronie rodziny i przyjaciół z obu stron. Miriam i Jane zdecydowały się zabawić u brata dłużej niż pozostali goście, zachwycone jego małym, ale wygodnie i elegancko urządzonym domem, pięknym ogrodem i... bratem szwagierki, pisząc w listach do przyjaciółek, że chętnie by się za niego wydały, gdyby był czymś więcej niż synem kupca. Małżeństwo Jima z jedną z sióstr Irvine było zresztą cichym życzeniem państwa Fawkes i Edwarda, który zaprzyjaźnił się ze szwagrem prawie tak samo, jak z Henrym, Diana wolałaby jednak, żeby brat ożenił się z Kitty lub Charlottą.

Parafia w H. przyjęła nowego pastora bardzo życzliwie i nie było niedzieli czy święta, by wypuszczono go z zakrystii z pustymi rękami. Edward wykonywał obowiązki duchownego najsumienniej, jak tylko mógł, a choć nie zasłynął z wygłaszania szczególnie płomiennych i porywających kazań, codziennie dawał swoim życiem przykład, jak być dobrym sąsiadem i jeszcze lepszym mężem. 

 

 

KONIEC

 

 

 

prawa autorskie zastrzeżone przez Dorotę Trąbkę



17:32, krainaczytania , Powieść
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 16 czerwca 2013

 

 XIII

 

„Droga Anno! — pisała Diana.  Twój list, codziennie przeze mnie oczekiwany, sprawił mi niewymowną radość. W zamian przesyłam Ci niezwykle udany portrecik pewnego młodzieńca, wart by obejrzało go jak najwięcej osób. Namalowała go moja przyjaciółka Kitty, której powiedziałam, że chciałabym pamiętać, komu zawdzięczam swoje wybawienie, w razie, gdyby mój narzeczony okazał się skończonym draniem.

(...)

Bardzo brakuje mi Twojego towarzystwa, bo tylko z Tobą mogę być zupełnie szczera. Mam nadzieję, że już wkrótce znowu się zobaczymy i wszystko będzie jak dawniej.

Twoja na zawsze

Diana”

 

Odpowiedź nadeszła szybciej, niż Diana mogłaby się spodziewać:

 

„Moja droga Diano!

Nie znajduję dla Ciebie słów podziękowania, ani własnych, ani cudzych. Wszyscy jesteśmy pod wrażeniem Twojej roztropności.

Podobiznę Millsa, którą mi nadesłałaś, pokazywałem wszystkim moim krewnym i znajomym, a także służbie i nawet obcym ludziom na ulicy, chociaż nie bardzo wierzyłem, że uda mi się jeszcze go odnaleźć - mógł przecież dawno wyjechać z Londynu. Jakież było moje zdumienie, kiedy kilka osób rozpoznało w nim aktora podrzędnego teatrzyku z M. Street. Udaliśmy się z Henrym na wieczorne przedstawienie i istotnie zobaczyliśmy na scenie mojego wroga, on jednak wcale nas nie zauważył. Wymknęliśmy się za kulisy, podczas gdy Mills wygłaszał jakiś długi monolog i kiedy schodził ze sceny, mocno go pochwyciliśmy i wyprowadziliśmy z powrotem, zmuszając go, by opowiedział publiczności o swoim bezeceństwie. Był tak zaskoczony, że nawet nie próbował się opierać, a obietnica złagodzenia kary w zamian za absolutną szczerość, rozwiązała mu język do tego stopnia, że widzowie nie mieli nam za złe przerwania przedstawienia, bo historia, którą ujawnił, była lepsza od tego, co niejeden autor potrafi wymyślić. Pikanterii dodawał fakt, że, zniesławiając mnie, działał na zlecenie pewnej osoby, której nazwisko jest w towarzyskich kręgach Londynu dość dobrze znane. Nie będę dłużej trzymał Cię w napięciu i zaraz Ci o wszystkim napiszę.  Tu następowało streszczenie opowieści Millsa, która dla Diany okazała się równie interesująca, co nieprzyjemna.  Ale o tym na razie nikomu ani słowa, chcę, żeby Twoi rodzice i sąsiedzi dowiedzieli się prawdy właśnie z jego ust. Specjalny posłaniec dostarczy burmistrzowi E. list od Millsa z prośbą o zebranie w Salach Ansamblowych, w najbliższą sobotę, o godzinie czternastej, wszystkich uczestników ostatniego balu, celem ujawnienia nowych, szokujących faktów na temat Edwarda Irvine’a. Tak rzadko macie okazję posłuchać o skandalach towarzyskich, że liczymy na pełen komplet widzów.

Czekałaś na mnie wystarczająco długo, zdradzę Ci więc, że ja też tam będę, a zatem - do zobaczenia, Diano!

Raz jeszcze dziękuję za Twoje zaufanie i wszystko, co dla mnie zrobiłaś.

Edward

 

P.S. Panna Anna Stone, która przekazała mi list od Ciebie, jest serdeczną przyjaciółką moich sióstr i bardzo pragnie Cię poznać, podobnie zresztą jak cała moja rodzina i znajomi, co może nastąpić już wkrótce, jeśli Twoi rodzice zgodzą się, byś spędziła zimę w Londynie. Jeśli nie masz krewnych czy przyjaciół, u których mogłabyś się zatrzymać, panna Stone bardzo chętnie udzieli Ci gościny. Nie martw się, że wcale jej nie znasz - to taka miła, dobrze wychowana i wykształcona osoba, że z pewnością przypadnie Ci do gustu. Niestety, nie będzie możliwe, przynajmniej na razie, byś zamieszkała u nas. Nie powinienem tego przed Tobą ukrywać, a czuję, że łatwiej będzie mi o tym napisać niż powiedzieć. Boleję nad tym bardzo, gdyż wiem, że sprawię Ci przykrość, ale lepiej będzie jeśli dowiesz się o tym zawczasu. Chodzi o mojego ojca. Jest to człowiek zasadniczy, przeczulony na punkcie pochodzenia i koneksji. Bardzo liczył na moje małżeństwo z Ludwiką. Nie wie on jeszcze, że, mimo pokrewieństwa z Mandevillami, pozycja Twojej rodziny nie jest równie wysoka i nie ośmielę się wyznać mu tego, zanim Cię dobrze nie pozna, gdyż mógłby się do Ciebie uprzedzić, a i tak nie potrafię przewidzieć, jaka będzie jego reakcja. Być może będzie potrzebował trochę czasu, żeby się do Ciebie przekonać. Ale nie obawiaj się go, Diano, mimo wszystko jest on jednak dżentelmenem i nie usłyszysz z jego ust nic, co mogłoby Cię zranić.”

 

Diana westchnęła i z ciężkim sercem schowała list do szuflady. Jak krótko trwało jej szczęście! Zaledwie odzyskała wewnętrzny spokój, a już na nowo musiała się lękać - nie, nie chłodnego przyjęcia w rodzinie Edwarda - ach, gdyby tylko o to chodziło, mogliby nią nawet gardzić! Zniosłaby wszystko, gdyby mogła być pewna, że Edward pod wpływem perswazji ojca nie zerwie zaręczyn. Tak łatwo dał się przekonać w tej kwestii jej, obcej przecież osobie, a cóż dopiero własnemu ojcu, który może go wydziedziczyć i pozbawić nazwiska.  

 

 

XIV

 

Diana martwiła się, że na spotkanie z Millsem przyjdzie zaledwie garstka osób, ucieszyła się więc na widok tłumu wypełniającego Sale Ansamblowe, trapiła ją jednak myśl, że jej triumf nie będzie pełny, gdyż wśród zebranych brakowało Mandevillów, którzy kilka tygodni temu wyjechali byli do Bath.

O godzinie czternastej burmistrz wprowadził do sali balowej Williama Millsa, a ten, zająwszy miejsce na podwyższeniu dla orkiestry, ukłonił się jak w teatrze i rzekł:

 Witam zgromadzonych tu panie i panów i dziękuję za tak liczne przybycie! Jeśli myślą państwo, że nikomu nie muszę się przedstawiać, to są państwo w błędzie. Nie nazywam się William Mills i nie zamierzam zostać pastorem. W rzeczywistości nazywam się Fryderyk Mulgrave i jestem aktorem londyńskiego teatru mieszczącego się przy M. Street 32, na którego przedstawienia, korzystając z okazji, serdecznie wszystkich zapraszam. Zapewne słyszeliście państwo o marnych gażach wypłacanych aktorom  w opowieściach tych nie ma ani krzty przesady i ja sam, gdybym chciał utrzymać się tylko z tego, co gram w każdy wieczór, nieustannie przymierałbym głodem. Nic zatem dziwnego, że wielu aktorów próbuje swojego szczęścia w hazardzie, wygrywając od czasu do czasu niewielkie sumki, częściej jednak popadając w długi. Rozglądając się za mniej ryzykownym zajęciem, wpadłem na pomysł wygłaszania przemów na różnego rodzaju uroczystościach, oczywiście za przyzwoitą opłatą. Zamieściłem w gazecie stosowne ogłoszenie, a później zadowoleni klienci polecali mnie jedni drugim, tak że zyskałem sobie w stolicy pewną renomę. Po jednym z takich wystąpień podeszła do mnie pewna młoda i bardzo elegancka dama i spytała, czy nie zechciałbym przyjąć od niej zlecenia. Wiązało się to z dość dalekim wyjazdem, ale zaproponowała tak wysoką sumę, że byłbym głupcem, gdybym się nie zgodził. Tą damą była panna Ludwika de Mandeville i zależało jej ogromnie na skompromitowaniu narzeczonego, który zaręczył się z jej kuzynką. To ona wymyśliła całą tę historię z Williamem i Fanny Mills, ja ją tylko ubrałem w słowa i opowiedziałem.

Na twarzach słuchaczy odbił się wyraz zdumienia i przerażenia i gdy jedni milczeli, niezdolni wymówić ani słowa, inni głośno zwierzali się ze swych myśli, wśród których powtarzała się niezmiennie ta jedna: „To niemożliwe! Niemożliwe!”

 Przyznaję, że zachowałem się haniebnie  ciągnął Mulgrave.  Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć tylko to, że nie znałem wówczas pana Irvine’a i nie wiedziałem, jaki to prawy i szlachetny człowiek, a dowodem jego wspaniałomyślności niech będzie fakt, że wszystko mi wybaczył i obiecał nie wszczynać przeciwko mnie procesu o zniesławienie, jeśli publicznie wyjawię motywy mojego postępowania, co też właśnie czynię. Pozostaje mi tylko przeprosić państwa za celowe wprowadzenie ich w błąd i błagać o wybaczenie pannę Dianę Fawkes, której moje fałszywe oskarżenie wyrządziło największą krzywdę.

Spojrzenia wszystkich zwróciły się teraz ku Dianie. Skinęła lekko głową na znak, że wybacza. Jeśli Edward wykazał się w stosunku do swego wroga wielkodusznością, nie było powodu, by ona miała potraktować go inaczej.

 Dziękuję pani  powiedział Mulgrave z zadowoleniem.  Teraz wypada mi się już z państwem pożegnać, ale proszę się nie rozchodzić: przedstawienie jeszcze się nie skończyło.

Ledwie zdążył ukłonić się i wyjść, a już na salę wszedł Edward. Diana poczuła gwałtowne bicie serca i w przypływie radości nie mogła powstrzymać się, by nie pomachać ukochanemu na powitanie. Edward uśmiechnął się i skłonił się w jej stronę, w geście pełnym szacunku i adoracji.

 Drodzy sąsiedzi! - zaczął, stanąwszy na podwyższeniu.  Nie umiem przemawiać tak pięknie jak pan Mulgrave, wyznaczyłem sobie zatem niełatwą rolę, okazałbym się jednak niewdzięcznikiem, jeśli, przebywając w tak licznym zgromadzeniu, nie podziękowałbym mojej niezrównanej narzeczonej, która nigdy nie przestała we mnie wierzyć i dzięki której mogłem oczyścić się z zarzutów. Gdyby nie podobizna pana Mulgrave, którą przysłała mi do Londynu, Bóg raczy wiedzieć, czy kiedykolwiek bym go odnalazł...

 Tak, ale to ja ją namalowałam  wtrąciła głośno Kitty.  Gdyby nie ja...

 Być może, młoda damo  przerwał Fryderyk Mulgrave, wtykając głowę przez drzwi  ale czy nigdy nie wątpiła pani w niewinność pana Irvine’a?  spytał i Kitty umilkła, zmieszana.

Zresztą, nie tylko ona miała powód do wstydu. Każdy zdał sobie sprawę, że zbyt pochopnie osądził Edwarda i jął przekonywać sąsiadów, że było zupełnie inaczej, „gdyż niepodobna, by tak miły i grzeczny dżentelmen, syn człowieka, który zajmuje odpowiedzialne stanowisko, miał dopuścić się tak strasznego czynu. Od początku było wiadomo, że Mills kłamie, och, doprawdy, nie można go było słuchać ani na niego patrzeć. Nieznośny fircyk i to w dodatku w bardzo złym guście!”

 Szanowny panie!  zwrócił się do Edwarda burmistrz, wspinając się na podwyższenie w obawie, że ktoś mógłby go uprzedzić  Proszę mi wybaczyć, zaszło fatalne nieporozumienie, ale zostałem wprowadzony w błąd! Mam nadzieję, że nie chowa pan do mnie urazy. Będę zaszczycony, gdyby zechciał pan gościć dziś u mnie na obiedzie.

 Dziękuję, bardzo pan łaskaw, ale najpierw muszę złożyć wizytę narzeczonej.

 To może jutro?

 Jutro? Hmm  i nim zdążył odpowiedzieć, z tłumu posypały się kolejne propozycje.

 Proszę państwa, dziękuję za zaproszenia, ale chciałbym najpierw odpocząć po podróży  odparł, po czym zszedł, żeby przywitać się z Dianą i jej rodzicami.

 Czy mogę zjawić się dzisiaj u państwa na obiedzie?  spytał.

 Zawsze był pan u nas mile widzianym gościem  oznajmił uprzejmie pan Fawkes, ciesząc się, że udało mu się zdystansować burmistrza.

Diana ujęła narzeczonego pod ramię i cała czwórka opuściła Sale Ansamblowe.

Służąca Fawkesów na widok Edwarda przybrała tak zdziwioną minę, że wszyscy się roześmieli.

 Chodź, Betsy, zaraz ci wszystko wytłumaczę  powiedziała matka Diany, prowadząc służącą do kuchni. - Wyobraź sobie...

W porze obiadu Edward mówił państwu Fawkes o szczegółach poszukiwania i odnalezienia Millsa i poprosił ich o pozwolenie na wyjazd Diany do Londynu.

 Co ty na to, mój drogi?  spytała pani Fawkes.  Ja osobiście nie mam nic przeciwko temu.

Wiem, że Greyowie razem Charlottą mają zamiar odwiedzić w grudniu swoją starszą córkę  Amandę, Diana mogłaby zabrać się razem z nimi. Słyszał pan może o rodzinie Caldwell z B. Street? Amanda wyszła za ich syna, Tomasza Caldwella, to bardzo miły młodzieniec i szkolny kolega naszego Jima.

 Przykro mi, nie słyszałem.

 W takim razie będzie miał pan okazję poznać ich osobiście, bo i ja nie widzę powodu, dla którego Diana nie miałaby jechać - rzekł pan Fawkes.

Edward uśmiechnął się do Diany, a ona odwzajemniła jego uśmiech, ale w jej sercu odżyły dawne obawy, którymi podzieliła się z narzeczonym dopiero podczas samotnego spaceru po okolicy.

 Edwardzie, co będzie, jeśli twój ojciec nie zgodzi się na nasz ślub?  spytała z troską.

 To w żaden sposób nie wpłynie na moją decyzję; nie po tym, co dla mnie zrobiłaś  uspokoił ją.

 A jeśli on, jeśli...  nie śmiała dokończyć zdania, ale Edward wyczytał resztę z jej twarzy.

 Moja droga Diano, po co od razu myśleć o najgorszym? Bądź przed nim tak spięta i małomówna, jak przy dzisiejszym obiedzie, a uzna, że posiadasz doskonałe maniery i nie będzie chciał słyszeć o innej kandydatce na synową  rzekł wesoło.

 Dobrze wiem, że nie jestem ani w połowie tak ładna, jak Ludwika  westchnęła.

Edward przystanął i dokładnie się jej przyjrzał.

 Więc jesteś zazdrosna o jej urodę?

Diana milczała. Czy miała się przyznać do tego, że jest trochę próżna?

 W takim razie wiedz, że ona jest zazdrosna o twoją.

Diana spojrzała na niego z niedowierzaniem.

 Chcesz usłyszeć, jaka była jej reakcja, kiedy powiedziałem jej, że zamierzam ci się oświadczyć? „Nie wiem, doprawdy, co ci mężczyźni w niej widzą.” Tak było, Diano.

 Ale w Londynie przykłada się do kobiecej urody inną miarę.

 W Londynie potrzebujemy od czasu do czasu powiewu czystego, wiejskiego powietrza. Nie zmuszaj mnie do tego, żebym zdradził przyjaciela i wyznał ci, że Henry był tobą zachwycony, a powiadam ci, że widział w życiu wiele pięknych panien. Oczywiście żadne słowo nie jest w stanie przekonać kobiety bardziej niż jej własne odbicie w lustrze, może więc kiedy przymierzysz to, co chcę ci dać, uwierzysz mi, że mówię prawdę.

 Co to takiego? - spytała, zaintrygowana.

 Zobaczysz, kiedy przyjdziecie dziś do mnie na herbatę. Możesz być spokojna  roześmiał się  to nie jest fortepian!

Jak się okazało, był to orientalny naszyjnik wykonany z różnobarwnych kamieni, który doskonale pasował do zaręczynowej bransoletki Diany. 

 Z tą różnicą, że wart jest o wiele, wiele więcej  powiedział Edward, zapinając go Dianie na szyi. - I co, czy lustro, nie mówi ci, że ślicznie wyglądasz? - szepnął.

Diana zarumieniła się i szybko odeszła od lustra. Edwarda bawiło niezmiernie jej zawstydzenie, dlatego powtórzył głośno, tak, by mogli go usłyszeć służący i państwo Fawkes:

 Czy moja narzeczona nie jest śliczna?

Dla nich brzmiało to jak wyznanie zakochanego, ale Diana była zbyt rozsądna, by wierzyć, że kryje się za tym coś więcej niż poczucie wdzięczności i galanteria.

 

 

prawa autorskie zastrzeżone przez Dorotę Trąbkę



18:03, krainaczytania , Powieść
Link Dodaj komentarz »
sobota, 08 czerwca 2013

 

XII

 

 

Zdrowy rozsądek nie pozwolił jednak Dianie zbyt długo cieszyć się z listu. Im więcej zastanawiała się nad sposobem, w jaki Edward i Henry mieliby poznać tożsamość Millsa, tym mniej wierzyła, że kiedykolwiek im się to uda. Londyn to takie duże miasto! Gdyby chociaż znała tam kogoś, kto mógłby jej pomóc... Jej ojciec posiadał w Londynie rozległe kontakty, ale wiedziała, że nie zechce zrobić nic dla Edwarda, a ona była zbyt dumna, żeby go o to prosić.

Ale czy powinna unosić się honorem, kiedy w grę wchodziło jej szczęście, kiedy można było tak wiele zyskać albo stracić tak wiele? Musiała porozmawiać z ojcem.

— Tato, jeśli chcesz mieć całkowitą pewność, że Mills nie wprowadził nas celowo w błąd, a Edward słusznie zasługuje na publiczne potępienie, nie pozostaje ci nic innego, jak zapytać o to kogoś, kto ich zna. Może któryś z twoich londyńskich znajomych...

—Jeszczem nie oszalał na tyle, żeby wystawiać swoją rodzinę na pośmiewisko i to w samym Londynie! - przerwał gniewnie. — Wykluczone! Wybij to sobie z głowy!

— Ależ, tato, nie możemy siedzieć z założonymi rękami i udawać, że nic się nie stało! Zostaliśmy oszukani i upokorzeni i to na oczach wszystkich. Edward Irvine albo William Mills — jeden z nich kłamie. Musimy znać prawdę. To sprawa honoru naszej rodziny. Jim by tego tak nie zostawił.

— Edward Irvine to nie jest człowiek, do którego miałbym ochotę się przyznawać, biorąc pod uwagę stosunki, które nas łączą, a których moja córka nie uważa za stosowne zerwać, nie bacząc na ból, jaki zadaje swojej rodzinie - odparł chłodno pan Fawkes.

— Nie musisz im mówić, że Edward to mój narzeczony ani o co Mills go oskarża. Po prostu, jako człowiek interesu, chcesz wiedzieć, czy ci dwaj są ludźmi godnymi zaufania.

— No cóż — rzekł ojciec po chwili namysłu — nie zaszkodzi spróbować.

Odpowiedzi, które nadeszły, nie były zadowalające. Jedna osoba spotkała kiedyś starego pana Irvine’a, nie miała natomiast nigdy do czynienia z jego synem; ktoś pisał, że William Mills to szesnastoletni syn mleczarza, ktoś inny pod takim nazwiskiem znał jedynie siedemdziesięcioletniego woźnicę; Fanny Mills nie była zaś znana nikomu.

Nadzieja Diany gasła. Edward i Henry nigdy nie wpadną na trop Millsa, a na jej narzeczonym już zawsze ciążyć będzie hańba czynu, którego nie popełnił. Czy odważy się tu wrócić, wiedząc, że cała okolica ma go za łotra i rozpustnika? Zrobiłby to, gdyby ją kochał, ale przecież jemu na niej nie zależy. Była pewna, że kiedy tylko trafi mu się lepsza partia (a o takie w Londynie nietrudno), natychmiast zerwie zaręczyny. Nie było czasu do stracenia, powinna zaraz jechać do Londynu i wziąć z Edwardem ślub, zanim będzie za późno, ale spodziewała się, że ojciec nie wyrazi na to zgody. Nie będzie chciał jej tam zawieźć, a ona nie umiała powozić na tyle dobrze, żeby ważyć się na odbycie tak długiej drogi; samotna podróż dyliżansem była dla młodej kobiety zbyt ryzykowna, zresztą Diana nie chciała martwić rodziców ucieczką. Ale gdyby znalazł się ktoś, kto mógłby bezpiecznie odwieźć ją na miejsce, nie wahałaby się ani chwili, żeby jechać i poślubić Edwarda, nawet wbrew woli ojca i matki. Nie mogliby się przecież na nią długo gniewać. Gdyby pojechała do Londynu w towarzystwie brata, nikt nie domyśliłby się, że uciekła, a rodzice, żeby ratować jej reputację, udawaliby przed sąsiadami, że od początku o wszystkim wiedzieli.

Ach, gdyby Jim tu był, dziś może byłaby już żoną Edwarda, a cała ta sprawa z Millsem przybrałaby mniej dramatyczny obrót. Jim na balu nie straciłby głowy jak oni wszyscy. Udałby, że wierzy Millsowi i serdecznie mu współczuje, a potem zaprosiłby go do gospody i upił, a ten wyśpiewałby mu wszystko, co Jim chciałby wiedzieć, i to w dodatku przy świadkach. Taki był Jim!        

Diana poczuła, że znów tęskni za bratem. Potrzebowała go teraz bardziej niż kiedykolwiek. Gdyby wrócił, nie siedziałby w domu bezczynnie jak ojciec, ale wyjechałby do Londynu i rozpytywał się o Millsa, gdzie tylko się da. 

Zastanawiała się, co zrobiłby Jim na jej miejscu. Pewnie jeszcze raz przeczytałby to, co o wynikach śledztwa pisał Edward. Wyciągnęła z szuflady list i spróbowała spojrzeć na niego oczami Jima, bez wzruszeń i emocji, które poprzednio były jej udziałem. Przestudiowała tekst kilkakrotnie i znalazła w nim dwa zdania, na które z pewnością zwróciłby uwagę jej brat: „Mills ma siostrę o imieniu Fanny” oraz „Henry podejrzewa, że człowiek, który pojawił się na balu w E. nie jest tym, za kogo się podaje”. Co z nich wynikało? Otóż, jeśli wróg Edwarda przyjął tożsamość realnie istniejącego człowieka, musi go znać i, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, jest to znajomość wzajemna, a skoro tak, to żeby dowiedzieć się, kim jest ów mężczyzna, wystarczyłoby podać prawdziwemu Williamowi Millsowi jego rysopis.

To takie proste, a jednak nie przyszło jej to do głowy za pierwszym razem. Czy Edward i Henry się tego domyślą? Koniecznie powinna podzielić się z nimi swoim spostrzeżeniem.

Ledwie wyciągnęła przybory do pisania, a już zawstydziła się swojej naiwności. Bo niby jaki rysopis mieliby podać Millsowi? „Młody, szczupły, wysoki, elegancko ubrany, przystojny, włosy ciemny blond, niebieskie oczy” — co czwarty młody londyński dżentelmen mógł tak wyglądać, zresztą, to, co robiło wrażenie w E., w stolicy niekoniecznie musiało uchodzić za coś niezwykłego; a poza tym, wróg Edwarda mógł spotkać Millsa gdzieś przelotnie albo tylko słyszeć o nim i jego siostrze Fanny.

Oczywiście jej brat od razu wziąłby pod uwagę taką ewentualność i przesłałby do Londynu podobiznę mężczyzny, który pojawił się na balu (Jim szkicował wprawdzie głównie statki, ale jego „Portret rodzinny” był na tyle udany, że pan Fawkes kazał go oprawić i powiesić nad kominkiem), niestety — ani ona, ani Edward nie umieli rysować, a nie wolno jej było przecież prosić o to kogoś obcego. Ostatecznie taką podobiznę mogłaby wykonać Kitty, ale nie obyłoby się to bez naruszenia tajemnicy, którą pragnął zachować Edward, bo chociaż jej przyjaciółka miała złote serce, to dyskrecja nie była jej mocną stroną. Nie potrafiłaby wytrzymać, by nie zwierzyć się z sekretu swojej matce, a następnego dnia wiedziałaby już o nim cała okolica.

Jak miała prosić o pomoc Kitty, żeby przyjaciółka nie zaczęła się niczego domyślać? Co powiedziałby jej Jim? Och, Jim nie potrzebowałby wiele się tłumaczyć, wystarczyłoby, żeby użył trochę swego czaru, na który niewiele kobiet potrafiło zostać obojętną, ale Diana musiała wymyślić dla Kitty naprawdę rozsądną wymówkę. 

 

 

prawa autorskie zastrzeżone przez Dorotę Trąbkę

 



12:50, krainaczytania , Powieść
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 27 maja 2013

 

X

 

 

Tymczasem w Salach Ansamblowych burmistrz na próżno starał się przywrócić nastrój zabawy. Po ujawnieniu skandalicznego zachowania Edwarda Irvine’a, który cieszył się powszechną sympatią i szacunkiem, każdy czuł się upokorzony i oszukany, do tego stopnia, że nawet młodym damom odechciało się tańczyć. Rolę mistrza ceremonii przejął William Mills, który, z właściwą przyszłemu duchownemu delikatnością, opowiadał wszem i wobec o przewrotnym charakterze dawnego przyjaciela, tak iż z wybiciem północy nikt nie miał wątpliwości, że Irvine zdolny byłby do popełnienia najcięższych zbrodni, zaś nazajutrz każdy czuł się zobowiązany donieść Fawkesom o rewelacjach zasłyszanych na balu i przestrzec ich przed znajomością z „tym okropnym człowiekiem.” Dianie wytrwale broniła dobrego imienia narzeczonego, lecz była w tej walce osamotniona, jej rodzice przychylali się bowiem do opinii sąsiadów i łagodną perswazją próbowali nakłonić córkę do zerwania zaręczyn. Wiele łez przelała w samotności, pociechę znajdując jedynie w nadziei, że lada dzień nadejdzie obiecany list, który wszystko wyjaśni i oczyści Edwarda z zarzutów.

Upłynęły jednak prawie dwa tygodnie, a Diana nie otrzymała przez ten czas żadnej korespondencji.

— On już nie napisze — przekonywała ze współczuciem Charlotta. — Musisz się pogodzić z tym, że po prostu uciekł i już nigdy więcej go nie spotkasz. Im wcześniej o nim zapomnisz, tym lepiej.

— Moja mama uważa - wtrąciła Kitty — że nie można mieć zaufania do mężczyzny, który zrywa zaręczyny z jedną kobietą po to, by za chwilę zaręczyć się z drugą i na dodatek nie ma skrupułów, by tak bezwstydnie obwozić swoją narzeczoną po okolicy.

Tylko z wielkim trudem udało się Dianie opanować, by nie powiedzieć jakiejś złośliwości pod adresem pani Lively.

— Może list zaginął w drodze. Takie rzeczy się zdarzają — odparła, ale jej niezachwiana dotąd wiara w niewinność narzeczonego zaczęła słabnąć. A co jeśli William Mills mówił prawdę? Niemożliwe, przecież w ciągu tych kilku miesięcy poznała Edwarda tak dobrze... A może poznała go tylko takim, jakim sam pragnął być postrzegany?

 

XI

 

Kilka dni później służąca przyniosła Dianie list. Oczy Diany rozbłysły i na powrót zgasły, gdy usłyszała, że nadawcą jest panna Anna Stone.

— Na pewno do mnie? Przecież ja nikogo takiego nie znam...

— Właśnie - potwierdziła pani Fawkes.

— Ależ proszę panienki: imię, nazwisko, adres — wszystko się zgadza. Umiem przecież czytać - powiedziała z godnością.

Diana wzięła od niej list, spojrzała nań i nagle się zarumieniła.

— Ach, panna Anna Stone, teraz sobie przypominam! Poznałyśmy się kiedyś w Bath — wyjaśniła matce.

— Tak? — zdziwiła się pani Fawkes. — Ja jej nie pamiętam. Jak ona wyglądała? Ciekawe, czemu od razu do ciebie nie napisała. O czym pisze? — spytała, ale Diana udała, że nie słyszy i pośpieszyła z listem do swojego pokoju.

Droga Diano! — przeczytała z przejęciem. — Tyle razy zachwycałaś się moim charakterem pisma, że mam nadzieję, iż odgadłaś, kto do Ciebie pisze.

Co się tyczy Williama Millsa — okazało się, że nikt z moich przyjaciół go nie zna. Łatwo możesz sobie wyobrazić moją bezsilność. Henry doradził mi zamieścić w prasie taki oto komunikat: < Pan Edward Irvine prosi o kontakt osoby mogące udzielić jakichkolwiek informacji o Williamie Millsie, który zniesławił pewnego dżentelmena, oskarżając go fałszywie o uwiedzenie siostry i kradzież.> Zgłosiło się chyba ze sto osób, lecz tylko jedna z nich potwierdziła, że Mills ma siostrę o imieniu Fanny, nie słyszała natomiast o jej rzekomej ucieczce, co przecież musiałoby odbić się szerokim echem. Przyszło też kilkunastu Williamów Millsów, którzy stanowczo zaprzeczali, jakoby mieli z tą sprawą cokolwiek wspólnego i, oczywiście, żaden z nich nie wyglądał jak mój oszczerca.. Henry podejrzewa, że człowiek, który pojawił się na balu w E. nie jest tym, za kogo się podaje. Pozostanę w Londynie, dopóki nie wyjaśni się zagadka jego tożsamości, (choć nie wiem na razie, jak mogłoby się to dokonać), obawiam się bowiem, że wymienione tu dowody wielu Twoim sąsiadom wydadzą się niewystarczające.

Musisz przeżywać ciężkie chwile jako narzeczona mężczyzny, którego opinia publiczna odsądza zapewne od czci i wiary - niech więc Bóg ma Cię w swojej opiece.”

Diana czytała i płakała ze szczęścia. Ani przez chwilę nie wątpiła, że autorem listu jest Edward. Fakt, że dotrzymał słowa, odsunął od niej wszelkie podejrzenia, a troska, jaką jej okazał, pisząc ostatnie zdanie, napełniła jej serce szczególną wdzięcznością. Nie łudziła się, że się w niej zakochał, ale jakże droga była jej świadomość, że myśli o niej jak o kimś bliskim. I chociaż sprawa tajemniczego Williama Millsa nadal pozostawała nierozwiązana, to Diana uznała, że zrobiono już w tej kwestii bardzo wiele, i wierzyła, że jej narzeczony wraz z przyjacielem znajdą niebawem sposób, by dowiedzieć się, kim jest wróg Edwarda i zmusić go do publicznego odwołania swoich oszczerstw.

 

 

prawa autorskie zastrzeżone przez Dorotę Trąbkę



12:27, krainaczytania , Powieść
Link Dodaj komentarz »
sobota, 18 maja 2013

 

IX

 

Przyjazd sióstr pana Irvine’a został odłożony ze względu na chorobę ich bliskiej przyjaciółki. Fakt ten napełnił rozczarowaniem całą okolicę, obie bowiem panie miały być główną atrakcją Balu Burmistrza, organizowanego corocznie w Salach Ansamblowych i wyczekiwanego z niecierpliwością przez wszystkie młode damy i ich matki. Najmniejsze zmartwienie (nie licząc oczywiście Mandeville’ów) przejawiał sam Edward, któremu każda zwłoka w przedstawieniu Diany członkom swojej rodziny była bardzo na rękę. Również Miriam i Jane dalekie były od przygnębienia: nie stęskniły się za bratem na tyle, by cierpieć z powodu przedłużającej się rozłąki, prowincjonalna zabawa nie stanowiła dla nich wielkiej rozrywki, a nieobecność na balu, jak się później okazało, zaoszczędziła im przykrości, której musiałyby doznać za sprawą pewnego zdarzenia.

Bawiono się w najlepsze, kiedy na sali pojawił się młody, nieznajomy mężczyzna. Nie zwracając na siebie zbytniej uwagi, podszedł do burmistrza i poprosił o udzielenie mu głosu. Ponieważ zarówno wygląd, jak i maniery nowo przybyłego nie budziły zastrzeżeń, burmistrz uciszył orkiestrę i pozwolił mu przemówić.

— Panie i panowie! — odezwał się („bardzo przystojny” — jak zdążono zauważyć) młodzieniec. — Nazywam się William Mills i właśnie przyjechałem z Londynu. Wybaczcie mi, proszę, że zakłócam wam miłe chwile spędzane wśród przyjaciół i znajomych, czuję jednak, że moim obowiązkiem jest ostrzec was, iż, jak wilk między owce, wkradł się pośród was człowiek, pod pozorami dżentelmena skrywający nikczemny charakter, którego nieznajomość może przynieść fatalne skutki, o czym sam się przekonałem. Człowiek ten, któremu ufałem jak najlepszemu przyjacielowi, więcej nawet — jak bratu, za którego moralność gotów byłem ręczyć jak za swoją własną — tu przerwał, a z jego piersi wydobyło się głębokie westchnienie — namówił moją szesnastoletnią siostrę Fanny, by uciekła z nim do Szkocji.

Po sali przebiegł szmer zgrozy.

— Nie jest mi łatwo o tym mówić — ciągnął. — Co było dalej — nietrudno się domyśleć. Dość wspomnieć, że gdyby nie dobrzy ludzie, nie miałaby nawet za co wrócić do domu, gdyż łajdak zabrał jej nie tylko wszystkie pieniądze, które wzięła ze sobą, ale także biżuterię.

Sala zawrzała z oburzenia.

— Prędko, niech pan mówi, kto to taki, a przysięgam, że nie uniknie kary! — odezwał się zapalczywie burmistrz.

— Nie — odparł tamten. — Moralne zasady, którymi kieruję się w życiu, jak i mój przyszły zawód — pragnę bowiem zostać duchownym — każą mi wyrzec się zemsty. Sprawiedliwość zostawiam Bogu, ale nie mógłbym spać spokojnie, gdybym, dowiedziawszy się przypadkiem, że człowiek ten korzysta z waszej gościnności i być może planuje powtórzyć swój haniebny czyn, nie starał się mu zapobiec. A człowiekiem tym jest Edward Irvine.

Sala zamarła. Zdumienie, przerażenie, niedowierzanie. Spojrzenia wszystkich spoczęły na Edwardzie. Tylko Diana spuściła ciężko wzrok na kamienną posadzkę, a w jej głowie kłębiło się tysiąc myśli.

— To oszczerstwo! — powiedział Edward, blady jak śmierć. — Pierwszy raz widzę tego mężczyznę! Zapewne chodzi o kogoś innego, o takim samym nazwisku.

Diana z nadzieją podniosła oczy na narzeczonego.

— Choćbyś wyrzekł się przyjaciela i kobiety, którą tak bezlitośnie skrzywdziłeś — rzekł William Mills — czy możesz zaprzeczyć, że twoim ojcem jest Samuel Irvine?

— Zaprzeczyć nie mogę, ale to oszczerstwo! — powtórzył Edward. — Nie znam...

— Dość tego, panie, nie jesteś tu mile widzianym gościem — przerwał burmistrz.

Edward odwrócił się i szybkim krokiem wyszedł z sali. Diana zerwała się ze swojego miejsca i, nim ktokolwiek zdążył ją zatrzymać, wybiegła za nim na pogrążone w półmroku schody. Zawołała go po imieniu. Zatrzymał się i odwrócił w jej stronę. Policzki obojga płonęły.

— Edwardzie, czy to prawda, co mówił ten człowiek? — spytała drżącym głosem.

— Nie!

— Czy mogę ci zaufać?

Podszedł do niej, uścisnął obie jej dłonie i spojrzał w oczy.

— Nie mógłbym cię okłamać - powiedział.

— Zostań więc, to on musi odejść. Jeśli tam nie wrócisz, to będzie tak, jakbyś przyznał się do winy.

Pokręcił głową.

— Nie mogę, Diano. Nie potrafię się bronić, nie potrafię udowodnić mu, że kłamie. Muszę natychmiast wyjechać do Londynu i nie spocznę, dopóki nie dowiem się, kim jest ten człowiek i dlaczego tak bardzo mnie nienawidzi. Napiszę do ciebie, gdy tylko będę coś wiedział. Żegnaj, Diano. — Jeszcze raz uścisnął jej dłonie. — Oczekuj mojego listu.

— Nie mów „żegnaj” — zaprotestowała. — To brzmi tak, jakbyśmy nigdy nie mieli się już spotkać.

— A zatem — do zobaczenia.

— Do zobaczenia — rzekła smutno, odprowadzając go wzrokiem, dopóki całkiem nie zniknął jej z oczu. Po jej policzkach spłynęło kilka łez, ale szybko je otarła. Nie mogła sobie pozwolić na łzy, nie tu. Wyprostowała się, uniosła głowę i dumnie wkroczyła na salę balową. W jednej chwili zamilknął gwar rozmów i oczy wszystkich, także oczy Williama Millsa, zwróciły się w jej stronę. Diana zarumieniła się, ale nie straciła rezonu i zaczęła iść w stronę rodziców. Towarzyszyła jej absolutna cisza, którą przerwał w końcu pan Fawkes.

— Oczywiście zerwałaś zaręczyny? — zadał pytanie, na które każdy chciał znać odpowiedź.

— Oczywiście nie - odparła. — Nie wiemy przecież, czy ten człowiek mówi prawdę.

— Pani może nie dosłyszała — odezwał się uprzejmie brat Fanny, zbliżając się w ich kierunku. — Nazywam się William Mills...

— William Mills albo John Smith — przerwała gwałtownie Diana — cóż to dla nas znaczy? Znamy pana Irvine’a od kilku miesięcy, pana - od kilku minut. Szaleństwem byłoby wierzyć nieznajomemu.

— A zatem żąda pani dowodu? Jest dowód. Ma go pani przy sobie. Bransoleta, którą pani nosi, należała do mojej biednej siostry, została jej skradziona przez Edwarda. Nie muszę chyba prosić panią, by mi ją oddała, gdyż poczucie przyzwoitości... — Wyciągnął rękę po bransoletę, ale Diana odwróciła się gniewnie i rzucając rodzicom krótkie „Wychodzimy!”, ruszyła do wyjścia.

— Diano, tak nie można - zatrzymała ją matka. — Trzeba to oddać.

— Jeśli oddam, to tylko do rąk własnych — powiedziała Diana i wyszła z sali.

Całą drogę do domu pokonali w milczeniu, ledwie jednak weszli do sieni, pani Fawkes wybuchnęła:

— Co za straszliwa hańba, co za potworne upokorzenie! Jakże moja siostra i szwagier będą triumfować, że nas to spotkało! I w głowie mi się nie mieści, że pan Irvine okazał się takim...

— Mamo — nie pozwoliła jej dokończyć Diana — jak mogłaś uwierzyć w te brednie?! Rozmawiałam z Edwardem, patrzył mi prosto w oczy, zapewnił mnie, że to wszystko nieprawda.

— Ale ta bransoleta! Skąd obcy człowiek wiedziałby, że dostałaś ją od Edwarda?

— Nie wiem. Może...

— Moje drogie dziecko — odezwał się pan Fawkes. — Bez względu na to, czy Edward jest winny, czy nie, powinnaś zerwać zaręczyny z mężczyzną, na którym ciąży tak poważne oskarżenie. Jeśli tego nie zrobisz, cała okolica weźmie cię na języki.

— Nie zerwę z Edwardem, to byłby dla niego dodatkowy cios. Musi wiedzieć, że jest w E. ktoś dla niego życzliwy, ktoś, kto darzy go prawdziwą przyjaźnią.

— Bardzo to wszystko szlachetne, ale pomyśl — czy on zachowałby się wobec ciebie tak samo? Czy nie wolałby raczej oddalić się od ciebie, dopóki nie wyjaśniłoby się, że nie okryłaś się hańbą?

— Gdyby istotnie był dżentelmenem — dodała pani Fawkes — to w obecnej sytuacji sam zerwałby zaręczyny, by nie narażać twojej reputacji. Ale on myśli tylko o sobie.

Diana milczała, ale w duchu musiała przyznać rodzicom rację. Spuściła głowę i odeszła do swego pokoju, by pogrążyć się w otchłani rozpaczy.

 

 

prawa autorskie zastrzeżone przez Dorotę Trąbkę



13:38, krainaczytania , Powieść
Link Komentarze (2) »
niedziela, 12 maja 2013

 

VII

           

           

Lotem błyskawicy (za sprawą podsłuchujących pod drzwiami służących) rozeszła się w sąsiedztwie wiadomość, że pan Irvine porzucił narzeczoną dla jej kuzynki. Ludwika oczekiwała, że wszyscy będą jej serdecznie współczuć, a Edwarda i Dianę potępią z całą surowością, na jaką zasługiwała ich haniebna zdrada — tak się jednak nie stało. Tylko najbliżsi znajomi Mandeville’ów uznali, że „och, to doprawdy oburzające”, reszta stwierdziła filozoficznie: „Cóż, takie rzeczy się zdarzają”, a byli też i tacy, którzy w gronie zaufanych krewnych i przyjaciół nie kryli zadowolenia, że „ktoś wreszcie utarł pannie Ludwice tego zarozumiałego nosa”.

Edward i panna Fawkes cieszyli się, że sąsiedzi tak łatwo przebaczyli im nielojalność wobec Ludwiki, a pastor nie wyklął ich z ambony, ale Dianie do pełni szczęścia brakowało miłości ukochanego. Gdyby chociaż mogła być pewna, że się z nią ożeni! Tymczasem mijały kolejne tygodnie, a on ani słowem nie wspominał o zaręczynach, choć nawet przyzwoitość nakazywałaby już się oświadczyć. Codziennie razem spacerowali, czytali, doprowadzali do porządku zaniedbany ogród Edwarda i odbywali przejażdżki jego powozem, na które rodzice Diany i wszyscy życzliwi pobłażliwie przymykali oko; Edward jadał obiady u Fawkesów (o ile nie był wcześniej umówiony gdzie indziej), po czym rewanżował się zaproszeniem na herbatę — słowem: zachowywał się i był traktowany jak jej narzeczony. Dlaczego więc jeszcze się nie oświadczył?

Powody były dwa. Po pierwsze, jedyny pierścionek zaręczynowy, jaki Edward posiadał, poniewierał się gdzieś na rabacie w ogrodzie Mandeville’ów (ogrodnik obiecał go odnieść, jak tylko się znajdzie, ale czy to można dowierzać służbie?), po drugie zaś, ani rodzina, ani znajomi Edwarda — jak przypuszczał — nie byli jeszcze gotowi na spotkanie z Dianą. Jego siostry, Miriam i Jane, miały go odwiedzić latem — gdyby oznajmił im, że zamierza poślubić córkę sklepikarza (nie ujawniając, rzecz jasna, szczegółów ani rodzaju transakcji), uznałyby, że popełnia mezalians, z góry też uprzedziłyby się do Diany, traktując ją z wrogością jako tę, która omamiła ich brata, by dostąpić awansu, choć z ich dwojga to on bardziej zasługiwał na pogardę. Kiedy natomiast przedstawi im Dianę jako osobę neutralną, będą miały czas, by przekonać się co do jej zalet na tyle, by nie przywiązywać wagi do jej pochodzenia i nie tylko nie będą sprzeciwiać się zamiarom brata, lecz staną się również forpocztą Diany w kręgach londyńskich znajomych i — czego Edward życzył sobie najgoręcej — wstawią się za nią u starego pana Irvine’a, którego reakcji obawiał się najbardziej.

Tak planował Edward, który był z natury ostrożny, choć zdawał sobie sprawę, że jego postępowanie jest niestosowne i stawia Dianę w bardzo niezręcznej sytuacji.

           

 

VIII

 

Pewnego dnia, kiedy państwo Fawkes wraz z córką bawili z wizytą u Edwarda, służący doręczył mu małą paczuszkę, zawierającą bransoletę wysadzaną dużymi, różnokolorowymi kamieniami, która olśniła gości, gospodarza zainteresował jednak bardziej dołączony do przesyłki list. Przeczytał go ze zmarszczonym czołem, co kazało się domyślać, że bransoleta nie jest przeznaczona dla Diany, jak z początku sądzono.

— Co to jest, Edwardzie? — spytała Diana, chcąc się natychmiast upewnić, czy istotnie się myliła.

— To — rzekł, błądząc w oddali nieobecnym wzrokiem — należało kiedyś do... do kogoś, o kim pragnąłbym zapomnieć. Wysłałem tę bransoletę do wyceny znajomemu jubilerowi, ale odesłał mi ją z powrotem, twierdząc, że niewiele jest warta. Szkoda... myślałem... jest taka ładna...

— Wiesz, co możesz z nią zrobić... — podsunęła Diana zalotnie.

Edward spojrzał na nią i uśmiechnął się.

— Chcesz ją dostać ode mnie jako prezent zaręczynowy? — spytał pod wpływem nagłego impulsu. — Nie wiem jednak, czy państwo się zgodzą... — zwrócił się do rodziców Diany.

— Będzie to dla nas zaszczyt zyskać takiego zięcia — odparł pan Fawkes, myśląc przy okazji o innych zyskach, jego małżonka przytaknęła ochoczo i w ten sposób Diana stała się narzeczoną Edwarda i posiadaczką pięknej, acz bezwartościowej bransolety. A że drzwi w bawialni pana Irvine’a lekko się nie domykały, nazajutrz o zaręczynach młodej pary wiedział w okolicy każdy dom, który posiadał służbę.

Od południa sklep kolonialny pana Fawkesa przeżywał prawdziwe oblężenie. Kobiety i mężczyźni, starzy i młodzi, państwo i służba — wszyscy tłoczyli się, by obejrzeć tę słynną bransoletę, o której krążyły już legendy, że należała do cesarzowej Chin, tłumacząc się przed sąsiadami, że „w domu nagle zupełnie zabrakło herbaty”, „myszy dobrały się do cukru” albo „świece całkiem wyszły”. Państwo Fawkes otrzymali też liściki od swych najbliższych przyjaciół: państwa Grey — rodziców Charlotty i państwa Lively — rodziców Kitty, którzy pytali, czy mogą zjawić się na herbacie, na co oczywiście wyrażono zgodę.                    

— Diano, czy to prawda...?! — zaczęła Kitty już od progu.

Diana uśmiechnęła się i dumnie wyciągnęła rękę z bransoletą. Zachwytom gości nie było końca.

— Czy to znaczy, że w końcu ci się oświadczył? — dociekała Charlotta.

Diana zarumieniła się i skinęła głową.

— Chwała Bogu, najwyższy czas! — powiedziała pani Lively. — Myśleliśmy, że już nigdy tego nie zrobi.

— Jakaś ty szczęśliwa Diano! — westchnęła Charlotta.

— Taka bransoleta jest ładniejsza i bardziej widoczna od pierścionka — stwierdziła pani Grey. — Pokaż ją bliżej do światła... och, musiała kosztować fortunę! — wykrzyknęła z przekonaniem.

Diana nadal się uśmiechała, choć w głębi duszy było jej przykro, bo wiedziała, że jej narzeczonego nic nie kosztowała ani ta bransoleta, ani zaręczyny, podobnie jak wiedziała, że Edward jej nie kocha. Ale to był sekret, z którego nie mogła się zwierzyć nikomu, nawet wiernym przyjaciółkom i ukochanej matce.

Był jednak jeszcze ktoś, kto znał jej tajemnicę — najbliższy przyjaciel Edwarda, Henry Ford. O ile w liście do rodziców odważył się Edward wspomnieć zaledwie jednym zdaniem o zerwaniu zaręczyn z Ludwiką de Mandeville i oświadczynach „pannie Dianie Fawkes, której rozliczne zalety sprawią niechybnie, iż pokochają ją jak własną córkę, a Miriam i Jane z radością powitają w niej nową siostrę”, o tyle przed przyjacielem nie zataił niczego, o czym, jako dżentelmen, nie zobowiązał się milczeć.

„Drogi Henry! — pisał. — Z pewnością ucieszy Cię wiadomość, że posłuchałem wreszcie Twej rady i zerwałem zaręczyny z Ludwiką, której próżności nigdy nie mogłeś znieść, choć przypuszczam, że mój następny wybór również nie wzbudzi Twego entuzjazmu, oświadczyłem się bowiem jej kuzynce, pannie Dianie Fawkes, córce kupca kolonialnego z E. Nie jest bardzo ładna ani młoda (ma dwadzieścia siedem lat), ale to miła, skromna i wykształcona dziewczyna, nadto posiada majątek w złocie, a ja sam wolę do końca życia stać za ladą niż przesiedzieć za biurkiem choćby jeden dzień. I cóż Ty na to? Że miłość mnie zaślepiła? Nie kocham jej, możesz mi wierzyć, ale to taka pokrewna dusza, doskonale się rozumiemy. Jej ojciec to grzeczny, oczytany człowiek, chociaż w młodości był marynarzem. Potrafi ciekawie opowiadać i bardzo cenię sobie jego towarzystwo. Pani Fawkes niewiele się odzywa (czego nie można powiedzieć o jej córce) i jest trochę nieśmiała, jak sądzę (aż dziw, że to rodzona siostra lady Violi), przyrządza za to wyśmienite potrawy, czy to na zimno, czy na gorąco. Jest jeszcze brat Diany, Jim, starszy od niej o siedem lat (a więc prawie mój rówieśnik), który pływa na morzu i nieczęsto bywa w domu, pisze za to długie, serdeczne listy, jak na kochającego syna i brata przystało. On to dostarcza ojcu towar do sklepu i muszę przyznać, że posiada doskonały gust. Czegóż tam nie ma! Musisz tu dokonać dużych zakupów, kiedy do mnie przyjedziesz, jeśli chcesz być uważany za przyjaciela rodziny...”

Po przeczytaniu listu podobnej treści, pan Ford kazał służącemu natychmiast spakować kufer i przygotować konie do drogi, bynajmniej nie wiedziony chęcią przypodobania się narzeczonej i przyszłym teściom Edwarda, ale pierwsze spotkanie z Dianą i jej rodzicami uspokoiło jego obawy.

— Nie znam bardziej uroczej i wykształconej panny oprócz moich i twoich sióstr — rzekł przyjacielowi, kiedy zostali sami. - Jeśli jej nie kochasz, nie jesteś jej wart, Edwardzie...

 

 

prawa autorskie zastrzeżone przez Dorotę Trąbkę



15:03, krainaczytania , Powieść
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 06 maja 2013

 

V

          

Diana wróciła do domu zaróżowiona i szczęśliwa.

— Cóż to za tajemnice i co to za maniery, Diano? — zganił ją ojciec. — Prawie wyrzuciłaś pana Irvine’a za drzwi. Czy tak zachowuje się dobrze wychowana młoda dama?

— Czy szykujecie jakąś niespodziankę dla Ludwiki? — spytała pani Fawkes.

— O tak, niewątpliwie. Właśnie odwiodłam go od tego małżeństwa — wyznała z dumą.

Rodzice spojrzeli na nią z przerażeniem.

— Żartujesz chyba?

— Nie.

— Coś ty zrobiła, Diano?! — wykrzyknęli oboje.

— Ludwika już dawno przyznała mi się, że go nie kocha, a jemu zależy tylko na jej posagu, przekonałam go zatem, że małżeństwo bez miłości...

— To nie twoja sprawa, Diano — odezwał się ponuro ojciec. — Nie powinnaś ingerować w tak delikatnej materii.

— Miałam pozwolić, żeby do końca życia był nieszczęśliwy?

— Sam wybrał taką drogę — powiedziała pani Fawkes. — Nikt go chyba nie zmuszał, żeby się jej oświadczył.

— To dla nas obcy człowiek, cóż cię on obchodzi? — zżymał się pan Fawkes. — A Mandeville’owie to nasi krewni i nasi najlepsi klienci, także ich goście chętnie się u nas zaopatrywali. Jeśli się dowiedzą, że to za twoją radą Edward zerwał zaręczyny, podburzą przeciwko nam sąsiadów, a wtedy również i ci przestaną u nas kupować. Czy zdajesz sobie sprawę, ile będzie nas kosztowała twoja bezmyślność?

— Och, nie wierzę, żeby naszym sąsiadom chciało się jeździć dwadzieścia mil do pana Jonesa — odparła beztrosko Diana. — Zresztą — ja go kocham.

— Pana Jonesa?! — przerazili się.

— Edwarda.

— Wszystkiemu winne te spacery! — lamentowała pani Fawkes. — Wiedziałam, że to się jakoś źle skończy!

— Ależ mamo, Edward chce mi się oświadczyć, czeka tylko stosownych okoliczności.

Wrażenie, jakie wywołała ta nowina, było ogromne. Twarz pani Fawkes wnet opromienił uśmiech i podeszła, by serdecznie uściskać córkę.

— Ale nie wyprowadzisz się chyba na stałe do Londynu? — spytała nagle z troską. — Najpierw Jim, potem ty...

— Nie wiem, to zależy od Edwarda...

— Lepiej, żeby Londyn wprowadził się do ciebie — rzekł pan Fawkes. — Bogate, rozrzutne towarzystwo to jest to, czego nam trzeba, żeby powetować Mandeville’ów.

           

 

VI

 

„Jaka ona zabawna! — myślał Edward po odejściu Diany. — Te jej oświadczyny — istna farsa. Moim siostrom nic podobnego nie przyszłoby nigdy do głowy, byłyby zgorszone każdym jej słowem. Jaka szkoda, że nie mogę im opowiedzieć o tym, co tu zaszło, chciałbym widzieć ich miny!”

Roześmiał się cicho, ale zaraz spoważniał, przypomniawszy sobie, że czeka go jeszcze, niełatwa zapewne, rozmowa z narzeczoną. Westchnął i ciężkim krokiem ruszył w stronę Mandeville Mansion, życząc sobie w duchu zastać Ludwikę samą, co też istotnie miało miejsce.

— Edwardzie, cóż to? — zaniepokoiła się na jego widok. — Wyglądasz na zmartwionego. Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że jest jakiś problem z fortepianem?

— Nie kupiłem fortepianu.

— Ach tak... — Starała się ukryć rozczarowanie. — A co kupiłeś?

— Przykro mi, nie przywiozłem ci nic z Londynu.

— Och, to przecież nic nie szkodzi — oznajmiła tonem, który sugerował jednak coś innego.

— Posłuchaj, Ludwiko, dużo myślałem...

— I jak widać nic nie wymyśliłeś — rzekła z przekąsem.

— ... o naszym ślubie... — ciągnął Edward.

— Ja też. Pobierzemy się zimą, kiedy wszyscy nasi znajomi zjadą do Londynu. Nie chciałabym, żeby kogoś zabrakło.

— Nie mogę się z tobą ożenić, Ludwiko. Uważaj nasze narzeczeństwo za skończone.

Panna Mandeville zbladła.

— Dlaczegóż to, jeśli można wiedzieć? — spytała, marszcząc brwi. — Czy ktoś zaproponował ci lepsze warunki?

— Twoja kuzynka Diana...

— Diana! Jak widać, na spacerach nie marnowała czasu. Jednym słowem — złowiła cię na męża! — Zaśmiała się sztucznie. — Nie wiem, doprawdy, co ci mężczyźni w niej widzą. Ma taką ciemną cerę, mówiłam jej, żeby nie wychodziła na słońce bez parasolki, ale nigdy nie chciała mnie słuchać. Muszę cię ostrzec, Edwardzie: to prostaczka, a jej nieposkromiony charakter sprowadzi na ciebie kłopoty. Uważa się za światową damę, bo ma brata na morzu i więcej książek niż garderoby, ale zapewniam cię, że w Londynie nikt nie będzie się z nią liczył. Taka żona nie przyniesie ci chluby.

— To już postanowione.

— Cóż, wkrótce sam się przekonasz, że popełniasz błąd... Rozumiem, że chciałbyś mieć z powrotem ten pierścionek. Proszę! — ściągnęła go z palca i wyrzuciła przez okno. — Biegnij, może zdążysz go złapać!

Edward ukłonił się sztywno i wyszedł, a panna Ludwika ze złości kopnęła parawan i zaczęła z pasją drzeć listy od Diany, bo teraz, kiedy straciła Edwarda, była pewna, że mogłaby go pokochać.

 

 

prawa autorskie zastrzeżone przez Dorotę Trąbkę



16:36, krainaczytania , Powieść
Link Dodaj komentarz »
piątek, 03 maja 2013

 

IV

           

Edward spędzał w Londynie przyjemne chwile w gronie rodziny i przyjaciół i niespieszno mu było wracać do narzeczonej, zwłaszcza że jej list w sprawie fortepianu pozostawił w nim pewien niesmak. Dopiero po dwóch tygodniach wyruszył w podróż w towarzystwie sióstr, które jechały odwiedzić wujostwo w D., a gdyby zechciały odłożyć wizytę na później, i on zostałby w Londynie dłużej.

Wrócił do E. mile witany przez sąsiadów, otrzymał od razu dwa zaproszenia na podwieczorek, w domu czekało na niego kilka bilecików — wszystko to wprawiło go w wyśmienity humor, który zniknął zaraz po przeczytaniu listu od Diany. Jego ton był niepokojący. Edward zdziwił się, że pisze do niego Diana, a nie Ludwika. Czyżby...? Zostawiwszy bagaże w przedpokoju, wyszedł z domu i odjechał powozem w stronę miasta.

Służąca Fawkesów zaanonsowała Edwarda i po chwili wszedł on do salonu, wywołując rumieniec na twarzy Diany i szybsze bicie jej serca. Złożywszy wyrazy uszanowania całej rodzinie, zwrócił się bezpośrednio do niej:

— Panno Diano, chciała się pani pilnie ze mną widzieć. Co się stało? Czy Ludwika chora?

Matka i ojciec Diany spojrzeli z zaskoczeniem na córkę.

— Ludwika w dobrym zdrowiu — odezwała się niepewnie pani Fawkes.

— Chodźmy na spacer, wszystko panu wyjaśnię — odrzekła gorączkowo Diana, zrywając się z fotela i tak spiesznie wyprowadziła Edwarda z pokoju, że ledwie zdążył się pożegnać. Rodzice wymienili zdumione spojrzenia.

— Czy zrywa zaręczyny? — spytał Edward na schodach.

— Nie, a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo.

— Panno Diano, niech mnie pani nie trzyma w niepewności, nie zniosę tego! Ma pani minę, jakby wydarzyło się coś strasznego!

— Niech się pan nie obawia — uśmiechnęła się blado — nic się nie stało. Chodźmy, tu nie możemy otwarcie rozmawiać.

Wyszli na ulicę.

— Niech mi pani przynajmniej powie, dokąd idziemy.

— Do zagajnika.

Całą drogę szli obok siebie w całkowitym milczeniu. Diana prawie omdlewała ze zdenerwowania, ale nie zaczęła mówić, dopóki nie dotarli na miejsce i nie upewniła się, że nikt ich nie słyszy.

— Cóż więc? — spytał Edward. — Jeśli chce pani, bym pomógł w romantycznej ucieczce z wybrankiem jej serca, z góry będę musiał odmówić. Nie popieram podobnych wybryków, które narażają cześć kobiety i przysparzają zmartwienia rodzinie, jak również...

— Może pan być spokojny, nie planuję ucieczki. Raczej pewnego rodzaju... transakcję.

Odetchnął z ulgą.

— Co chce pani sprzedać? — zaciekawił się.

— Sprzedać nie, wymienić — Ludwikę na siebie. Dobrze pan na tym wyjdzie, bo jeśli się pan ze mną ożeni, pokażę panu, gdzie mój ojciec trzyma złoto.

Edward najpierw oniemiał ze zdumienia, a później odrzekł chłodno:

— Jeśli ma pani zamiar okraść ojca, to proszę mnie w to nie mieszać.

— Ależ nie! Nie to miałam na myśli! Chcę tylko, żeby pan wiedział, że jesteśmy zamożniejsi niż można by to wnioskować z naszego, dość skromnego, trybu życia.

— Jak pani może występować z podobną propozycją?! Przecież Ludwika jest pani kuzynką!

— Ona pana nie kocha, a pan żeni się z nią tylko dla pieniędzy.

Edward wydawał się zakłopotany, że ktoś odkrył i głośno wypowiedział jego intencje.

— Ludwika jest niezwykle urodziwą, doskonale wychowaną młodą damą... — zaczął w obronie swego honoru.

— Nonsens! – przerwała mu Diana. — Pan wybaczy, ale wiem wszystko — sama mi o tym powiedziała.

— No dobrze... To ile jest tego złota?

— Nie wiem dokładnie, ale musi być tego dużo – ojciec odkłada od lat.

— Skąd mogę wiedzieć, że w ogóle jest jakieś złoto?

— Niech pan przyjdzie kiedyś, kiedy rodziców nie będzie w domu. Pokażę panu.

— A potem, kiedy coś zginie, stanę się głównym podejrzanym. Dziękuję, ale nie skorzystam z propozycji i udam, że nie było między nami tej rozmowy.

Diana posmutniała.

— Dlaczego żeni się pan tylko dla pozycji i pieniędzy? Czy pan nigdy nie był zakochany?

Pod wpływem jej słów na twarzy Edwarda odbiło się jakby bolesne wspomnienie.

— Owszem, byłem i dlatego uważam, że małżeństwo z miłości to najmniej opłacalny interes na świecie.

— A gdyby ona pana kochała?

— Och, kochała, kochała, mówiła, że kocha, a potem wyszła za mąż za człowieka, który miał dwa razy więcej rocznego dochodu niż ja. Jeśli kobietom wolno zawierać małżeństwa tylko z chęci zysku, dlaczego i mężczyźni nie mieliby postępować tak samo?

— A nie boi się pan, że zanudzi się przy Ludwice na śmierć? Nie czytała w życiu nic poza  niedorzecznymi  romansidłami, o świecie wie niemal tyle, co małe dziecko i nie obchodzi ją nic z tego, co pan mówi. Modne stroje, przyjęcia, prestiż — oto wszystko, co żywo ją zajmuje i do czego dąży.

Edward się roześmiał.

— Pani za wszelką cenę chce zrobić kuzynce na złość.

— Nie, ja tylko chcę wyjść za mąż. Zdaję sobie sprawę, że pozycja, majątek i koneksje mojej rodziny nie mogą się równać temu, co oferuje panu Ludwika, ale oboje lubimy czytać, lubimy wycieczki, jesteśmy wrażliwi na piękno i z całą odpowiedzialnością zapewniam pana, że jestem kobietą, która potrafiłaby pana zrozumieć i dać mu szczęście.

Edward, na którego ustach widniał uprzednio uśmiech rozbawienia, nagle spoważniał.

— Obawiam się, że nieświadomie wzbudziłem w pani uczucia, których nigdy nie będę mógł odwzajemnić. W moim życiu była tylko jedna kobieta... — znów na jego twarzy pojawiło się zamyślenie i ból.

— Nie musi mnie pan kochać, wystarczy, że się pan ze mną ożeni. Będę dla pana dobrą żoną. Jestem wykształcona i obyta w świecie (mój ojciec nigdy nie szczędził pieniędzy na książki czy podróże), umiem elegancko się ubrać i ładnie urządzić dom za niewielkie pieniądze i, nie uwierzy pan, ale potrafię także prowadzić buchalterię...

— Potrafi pani także gadać za dwóch. Nie czytała pani, że kobieta nie powinna wiele się odzywać, nawet jeśli ma wiele do powiedzenia? — spytał z kamienną twarzą, ale Diana spostrzegła w jego oczach błysk, który mówił zupełnie co innego.

— Gdyby istotnie przeszkadzało panu moje gadulstwo, nie korzystałby pan z mojego towarzystwa i sam nie zachęcałby mnie do rozmowy — odrzekła z nutą kokieterii. — Zresztą — dodała poważniej — potrafię także milczeć i słuchać.

— Panno Diano, nie mogę się zgodzić na pani propozycję, bardziej nawet ze względu na panią niż na mnie. Choć w Londynie – niech mi pani wybaczy — uznano by panią niechybnie za impertynentkę, wiem, że ma pani dobre serce i wiele innych zalet, których na próżno szukać u większości młodych dam, dlatego uważam, że powinna pani poślubić mężczyznę, który będzie panią kochał tak, jak pani na to zasługuje — powiedział ciepło.

— Nie zostało mi zbyt wiele czasu — odparła ze smutkiem — skończyłam już dwadzieścia siedem lat, jak pan może wie, i nie sądzę, by dane mi było jeszcze kiedykolwiek spotkać mężczyznę takiego, jak pan.

— Niechże pani przestanie! Kobieta nie powinna oświadczać się mężczyźnie.

— Wiem, proszę sobie nie wyobrażać, że ta rozmowa nic mnie nie kosztuje. Stokroć bardziej wolałabym, żeby to upokorzenie i niepewność były pana, nie moim, udziałem. Na szczęście wiem również, że mam do czynienia z dżentelmenem...

— Oczywiście, że nikomu nie powiem, ale panią też proszę o całkowitą dyskrecję. Niech pani nikomu, nawet najbliższym, nie wspomina o naszej rozmowie. Ja sam załatwię zerwanie zaręczyn z Ludwiką, a później oświadczę się pani tak, jak należy.

— Więc jednak się pan zgadza?! — wykrzyknęła Diana z radością i niedowierzaniem. — Dlaczego?

— Dlaczego? — zastanowił się. — Sam nie wiem. Może dlatego, że jest pani taka inna od tych londyńskich panien, które, czy cieszą się, czy nudzą, zawsze wyglądają tak samo, aż ma się czasem ochotę krzyknąć: „Niech diabli wezmą tę całą etykietę!”.

 

 

prawa autorskie zastrzeżone przez Dorotę Trąbkę

15:25, krainaczytania , Powieść
Link Komentarze (4) »
wtorek, 30 kwietnia 2013

 

III

           

W Wielkim Tygodniu Edward wyjechał do Londynu, aby spędzić święta z rodziną. Ludwika nie mogła doczekać się jego powrotu, zastanawiając się, jaki prezent jej przywiezie i układając z góry, jak powinna zareagować.

— Może fortepian? Diano, jak myślisz, powinien stać w moim pokoju czy w salonie, żeby wszyscy widzieli?

— Po co miałby ci kupować fortepian, wiedząc, że nie ruszasz klawikordu?

— Ale fortepian tak ładnie wygląda! Panna Karolina Abeville z Londynu grywa na fortepianie. Tak, zdecydowanie powinien stać w salonie... Duży fortepian w odcieniu kawy... Klawisze z hebanu i kości słoniowej... Może powinnam do niego napisać? Czarny fortepian wyglądałby ponuro, z kolei biały...

— Tak, napisz — zgodziła się Diana. — Nie będę ci przeszkadzać.

I wyszła. Od chwili, w której dowiedziała się, że Edward wyjechał, była smutna, rozdrażniona i bolała ją głowa. Wiele wysiłku włożyła w udawanie przed kuzynką dobrego humoru. „Czyżbym go kochała? — pytała samą siebie. — To chyba niemożliwe...” A jednak musiała przyznać, że lubiła rozmarzenie w jego oczach i jego uśmiech i podobało jej się w nim wszystko to, co jeszcze niedawno uważała za niedostatki urody, zaś myśl, że może już niedługo zostanie on mężem Ludwiki, doprowadzała ją teraz niemal do rozpaczy. Postanowiła za wszelką cenę — nawet za cenę skandalu i upokorzenia — zrobić wszystko, by Edward zerwał zaręczyny. Powróciwszy do domu, zamknęła się w swoim pokoju i napisała do niego, co następuje:

 

Szanowny Panie!

Muszę z Panem pilnie porozmawiać, to bardzo ważne. Błagam, niech się Pan ze mną natychmiast spotka, zanim spotka się Pan z kimkolwiek innym.

 

Pańska szczerze oddana

Diana Fawkes

 

List ten, starannie złożony i zaklejony, zaniosła do domu Edwarda, przykazując służącemu, by doręczył go swemu panu, jak tylko się zjawi, gdyż jest to sprawa niecierpiąca zwłoki.

Od Wielkiejnocy żyła w nerwowym napięciu, w każdej chwili oczekując wizyty Edwarda, bo nawet Ludwice nie było wiadome, kiedy jej narzeczony powróci.

Przeczyta czy nie przeczyta? Czy przyjdzie? A jeśli służący zgubi list lub zapomni go oddać?

 

 

prawa autorskie zastrzeżone przez Dorotę Trąbkę



14:21, krainaczytania , Powieść
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
| < Wrzesień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    



Dyskutują na blogu:

Agnieszka (krainaczytania)
Beata (felicja79)

Adriana Agnieszka (manuskrypt1)
Aurora
Danusia (avo_lusion)
Dorota Anna (zaczytania)
Dorota (polonisty)
Julka (wspolnabiblioteczka)
Kaye
Kasia
Lena
Maniaczytania
nusia00
zona.oburzona





Harmonogram dyskusji:


EMMA
25 marca 2012
dyskusja o „Emmie”
21 kwietnia 2012
dyskusja o ekranizacjach „Emmy”


ROZWAŻNA I ROMANTYCZNA
19 maja 2012
dyskusja o „Rozważnej i romantycznej”
23 czerwca 2012
dyskusja o filmie „Rozważna i romantyczna”


MANSFIELD PARK
21 lipca 2012
dyskusja o „Mansfield Park”
18 sierpnia 2012
dyskusja o ekranizacjach „Mansfield Park”


OPACTWO NORTHANGER
22 września 2012
dyskusja o „Opactwie Northanger”
20 października 2012
dyskusja o filmie „Opactwo Northanger”


DUMA I UPRZEDZENIE
17 listopada 2012
dyskusja o „Dumie i uprzedzeniu”
15 grudnia 2012
dyskusja o ekranizacjach „Dumy i uprzedzenia”


PERWAZJE
19 stycznia 2013
dyskusja o „Perswazjach”
16 lutego 2013
dyskusja o filmie „Perswazje”


SANDINTON
23 marca 2013
dyskusja o „Sanditon”


LADY SUSAN, WATSONOWIE
20 kwietnia 2013
dyskusja o „Lady Susan; Watsonowie”


ZAPRASZAMY SERDECZNIE!








Napisz do nas e-mail
Agnieszka
Beata





Szablon